Czekałem z tym wpisem ponad tydzień, tak aby emocje delikatnie opadły. Inaczej bez siarczystych przekleństw by się nie obeszło. Aerofestival to hucznie zapowiadana, nowa impreza lotnicza w naszym kraju, która odbyła się na komunikacyjnym lotnisku Poznań Lawica w dniach 13 – 14.06. Na tą imprezę, otwierającą nasz sezon pokazowy w tym roku miałem wykupionego spotter packa w cenie 150 złotych oraz akredytację medialną. Na spotter packa można było wejśc na teren lotniska już w piątek – w dzień przylotów. Jednak najatrakcyjniejsze przyloty odbyły się już w środę i czwartek. Dostanie się w piątek na lotnisko w moim przypadku odbyło się z 8 km marszem, gdyż pani z akredytacji nie miała pojęcia jak dojechać na ulicę Lotniczą, więc z Google Maps w ręku podjechałem autobusem do najbliższego punktu do jakiego się dało i dalej poranny marsz. Pod bramą zameldowałem się o 10.15 i ochrona (warto zaznaczyć, że w tym wypadku była to bardzo miła ochrona) poinformowała mnie że następne wejście będzie za 2 godziny. Punkt 12 pojawił się ktoś z obsługi, poinformował mnie i kilka innych osób które zdążyły się zebrać pod bramą, że spotter packów nie ma bo się nie wyrobili póki co, ale zabiera nas na teren. Po przyjściu ok 3 km dotarliśmy do podestu spotterskiego. Podest duży, 3 piętra więc całkiem ok tyle że ustawiony na koncu pasa, a nie jak zwykle się to robi  pobliżu osi pokazów. Po 45 minutach, w których nic nie przyleciało poza 2 śmiglakami SW-4, nasz opiekun stwierdził że jednak spotter packi już są i musimy wrócić z powrotem 3 km do bramy głównej – tym razem w deszczu, bo nad Poznań nadciągnął front burzowy. Chaosu ciąg dalszy, czyli wydawanie spotter packów odbywało pod bramą wjazdową dla wystawców. Losowo wyłonione dwie osoby pomagały organizatorowi z zapisywaniem nazwisk i wręczaniem czerwonych opasek. Warto dodać, że nikt niczego nie sprawdzał z dokumentami czy zakupionymi biletami, więc pakietów można było pobrać dla siebie i dla całej rodziny. Pakiet zawierał smycz, identyfikator opaskę, paskudną naszywkę made in china, kamizelkę, czapkę z daszkiem oraz dwa kupony na posiłek. Po tym całym cyrku organizacyjnym stwierdziłem że opuszczam tą imprezę i wracam do centrum tym razem już taksówką.

Wszystkie te niedociągnięcia organizacyjne można było by wybaczyć gdyby cokolwiek działo się w powietrzu. Powietrze jednak od czasu do czasu rozdzierał jedynie dźwięk startującego lub lądującego samolotu pasażerskiego oraz ciche brzęczenie niezliczonej ilości chrabąszczy.

Nieudany piątek miała wynagrodzić udana sobota. Na profilu Facebookowym orgazniator powiadomił wszystkich, że pokazy zostają przesunięte z godziny 10.00 na godzinę 09:00. Pojawiliśmy się jednak po 10:00. Okazało się, że to była dobra decyzja gdyż do 11 i tak nic nie latało. Pozwoliło nam na to na rozejrzenie się po terenie pokazów. Namiot medialny oddalony od stanowiska spotterskiego o jakieś 400 m – nic w nim nie było poza cieniem i jednym dystrubutorem wody, w rozwleczonej strefie jedzeniowej znalezienie zwykłej kawy graniczyło z cudem, beczkowozy z darmową wodą pitną, które pojawiły się po protestach w związku z zakazem wnoszenia własnego picia, stały oddalone od publiczności o blisko kilometr – przy strefie kasowej. Namiot, w którym miały być wydawane posiłki za kupony oddalony był od spotterów o ponad 1 km. Warto dodać, że obsługa pytana o to gdzie można realizować kupony odpowiadała że na każdym stoisku gastronomicznym co oczywiście okazywało się być nieprawdą. Mityczny namiot stał daleko, daleko na drugim krańcu strefy pokazowej. Słyszałem, że kilku farciarzy na te kupony załapało się na pełny obiad w strefie dla pilotów :) My nasze kupony odpuściliśmy sobie bo latanie 2 km po zjaraną kiełbasę z rusztu trochę mijało się z celem przy upale + 32 w cieniu.

Wszystkie te niedociągnięcia organizacyjne można było by wybaczyć gdyby cokolwiek działo się w powietrzu. Powietrze jednak od czasu do czasu rozdzierał jedynie dźwięk startującego lub lądującego samolotu pasażerskiego oraz ciche brzęczenie niezliczonej ilości chrabąszczy. Koło 12 puszczono trening Turkish Stars (który miał się odbyć w piątek) informując publiczność, że jest to jeden z dwóch pokazów tego dnia.  Regułą między kolejnymi pokazami były dziury po około 45 minut, w których latały jedynie “autobusy”. Generalnie na temat pokazów niewiele mogę powiedzieć, gdyż zreazliowano około 20% programu w ciągu 10 godzin. Nie zobaczyliśmy w powietrzu żadnej historycznej maszyny poza dwoma norweskimi De Havilland Vampire. Reszta maszyn to akrobaci – Jurgis Kairys, Artur Kielak, Marek Choim (pomylony przez komentatora z… Jurgisem Kairysem), Lukasz Czepiela. Poza tym w sobotę pokazali się jeszcze turcy (już w normalnym pokazie), Baltic Bees, Pioneer Team z Włoch, BO-105 oraz The Flying Bulls. Tak wyglądała sobota na Aerofestivalu – średnia pokazowa – jedna maszyna na godzinę. Do kuriozalnej sytuacji doszło również na koniec – ochrona wyrywkowo sprawdzała ludziom bilety przy wyjściu! Kasa sie nie zgadzała Panowie organizatorzy? Przecież na paliwie zaoszczędziliście krocie ;)

Niedziela podobno była lepsza, jednak odpuściliśmy ten dzień ze względu na słabiutką sobotę oraz wczesny pociąg powrotny do Krakowa. Mamy nadzieję, że za rok organizacja jednak będzie wyglądała inaczej i zapewnienia organizatorów, że czerpią doświadczenie z zachodnich imprez lotniczych znajdzie swoje odzwierciedlenie w faktach, bo niestety wieści szybko się rozchodzą i zagraniczne ekipy już pytają kto to “wydarzenie” organizował…

 

Tekst: Jarek Nakielny
Zdjęcia: Jarek Nakielny

Podobne

Są takie momenty kiedy historia dzieje się na naszych oczach. Tak właśnie było 13 i 14 sierpnia na...

Kolejne NATO Days już za nami, co również oznacza że dla nas zakończył się sezon. Jak na większość...

Przerwa w sezonie pokazowym to czas służący innym zajęciom niż tylko obrabianie zdjęć z kolejnych...